
Listy najlepszych liceów wyglądają jak gotowa odpowiedź na pytanie, gdzie składać papiery. Szkoła z pierwszego miejsca musi być lepsza od tej z dwudziestego — tak przynajmniej podpowiada intuicja. Problem w tym, że rankingi oparte na wynikach matury mierzą coś innego, niż większość czytelników z nich odczytuje, a różnica między jednym a drugim potrafi zmienić decyzję o czterech latach nauki.
Mechanizm jest prosty: bierze się wyniki matury absolwentów danej szkoły z konkretnego przedmiotu i porównuje ze średnią innych placówek. Im wyższy średni wynik, tym wyższe miejsce.
Taka konstrukcja ma jednak wbudowaną zależność, o której w samej tabeli nie ma ani słowa. Wynik matury zależy nie tylko od tego, co działo się przez cztery lata w szkole, ale też od tego, kto do tej szkoły trafił na starcie.
Liceum z wysokim progiem punktowym przyjmuje uczniów, którzy już w ósmej klasie osiągali bardzo dobre wyniki. Cztery lata później ci sami uczniowie piszą dobrą maturę. Część tego rezultatu to praca szkoły, część — poziom, z którego startowali.
Szkoła z niższym progiem przyjmuje uczniów z wynikami przeciętnymi. Jeśli doprowadzi ich do matury na poziomie dobrym, wykonała pracę większą, a w rankingu wypadnie niżej.
To zjawisko bywa nazywane efektem selekcji i jest najważniejszym zastrzeżeniem wobec każdego zestawienia opartego wyłącznie na wynikach końcowych.
Zestawienia prowadzone są osobno dla poszczególnych przedmiotów: polskiego, matematyki, angielskiego, biologii, chemii, fizyki, geografii, historii, informatyki i wiedzy o społeczeństwie, w wersjach podstawowej i rozszerzonej. To istotna informacja, bo pozycje tej samej szkoły potrafią się między nimi znacząco różnić.
Liceum z silną tradycją matematyczno-fizyczną zwykle dominuje w rankingach przedmiotów ścisłych i wypada przeciętnie tam, gdzie liczy się historia czy WOS. Wynika to z tego, jakie klasy prowadzi i którzy uczniowie wybierają dane rozszerzenie.
Dla ósmoklasisty oznacza to konkretną zmianę sposobu korzystania z takich list: sens ma sprawdzanie rankingu z przedmiotu, który planuje się zdawać, a nie ogólnej pozycji szkoły.
Druga rzecz, której tabela nie pokazuje, to liczebność. Średnia z matury rozszerzonej z fizyki, liczona dla kilkunastu osób, jest statystycznie bardzo chwiejna — wystarczy jeden rocznik z mocną grupą olimpijską, żeby szkoła wskoczyła wysoko, i jeden słabszy, żeby spadła.
Placówki o dużej liczbie zdających mają wyniki stabilniejsze, choć zwykle mniej spektakularne. Warto więc patrzeć nie tylko na wartość średniej, ale też na to, jak dana szkoła plasowała się w kilku ostatnich latach.
Lista rzeczy nieuwzględnianych w takich zestawieniach jest długa i pokrywa się z tym, co przez cztery lata liczy się na co dzień:
Ten ostatni punkt bywa najciekawszy. Szkoła może poprawić swoją średnią, nie poprawiając niczego w nauczaniu, jeśli słabsi uczniowie odpadają po drodze.
Zestawienia nie są bezużyteczne — są tylko wąskie. Najlepiej traktować je jako jedno z kilku źródeł i zadać przy okazji pytania, na które ranking nie odpowiada: jakie rozszerzenia szkoła realnie prowadzi w każdym roczniku, ilu uczniów kończy naukę w tej samej klasie, w której ją zaczęli, i czy wyniki utrzymują się przez kilka lat, czy to efekt jednego rocznika.
Część tych informacji można uzyskać na dniu otwartym, część — od uczniów starszych klas, którzy zwykle mówią o szkole konkretniej niż broszura.
Rankingi liceów według wyników matury pokazują średni rezultat absolwentów, a nie wkład szkoły w ten rezultat. Szkoły o wysokim progu punktowym startują z lepszym materiałem wejściowym, a placówki pracujące z uczniami o przeciętnych wynikach wypadają w tabelach niżej, nawet gdy uczą skutecznie. Osobne rankingi przedmiotowe różnicują ten obraz jeszcze bardziej, a małe grupy zdających czynią średnie niestabilnymi. Ranking najlepiej działa jako punkt wyjścia do pytań o konkretną szkołę, nie jako ich zamiennik.