Stanisław Lem
PRZYJACIEL AUTOMATEUSZA
Pewien robot, mając wyruszyć w daleką a niebezpieczną drogę, posłyszał o wielce pożytecznym urządzeniu, które wynalazca jego nazwał elektrycznym przyjacielem. Pomyślał, że raźniej mu będzie na duszy, jeśli otrzyma towarzysza, choćby miała nim być tylko maszyna, udał się więc do wynalazcy i poprosił, aby opowiedział o sztucznym przyjacielu.
– Służę ci – odparł wynalazca. (Jak wiadomo, w bajkach wszyscy się „tykają”1 , nawet smoków nie tytułuje się panami i jedynie do królów trzeba się odzywać w liczbie mnogiej).
To mówiąc, wyjął z kieszeni garść metalowych ziarenek, podobnych do drobnego śrutu.
– Co to jest? – zdziwił się robot.
– A jak się nazywasz, bo zapomniałem cię o to zapytać we właściwym miejscu tej bajki? – spytał wynalazca.
– Nazywam się Automateusz.
– To dla mnie za długie, będę cię nazywał Automkiem.
– Kiedy to od Automasza, ale niech ci będzie – odparł tamten.
– A zatem, mój zacny Automku, masz przed sobą garść elektroprzyjaciół. Musisz wiedzieć, że z powołania i specjalizacji jestem miniaturyzatorem. To znaczy urządzenia wielkie i ciężkie zmieniam na małe i przenośne. Każde takie ziarenko jest koncentratem elektrycznego myślenia, niezmiernie wszechstronnym i rozumnym. Nie powiem ci, że to geniusz, gdyż byłaby to przesada, podobna do fałszywej reklamy. Co prawda, zamiarem moim jest właśnie stworzyć elektrycznych geniuszów i nie spocznę, póki nie zrobię tak malutkich, aby ich można było nosić w kieszeni tysiące; dopiero kiedy wsypię ich do worków i będę sprzedawał na wagę, jak piasek, dopnę wymarzonego celu. Ale mniejsza o te moje plany na przyszłość, na razie sprzedaję elektroprzyjaciół na sztuki, i to niedrogo: za jednego biorę tyle, ile zaważy, w brylantach. Przyznasz chyba, jaka to umiarkowana cena, wziąwszy pod uwagę, że możesz takiego elektroprzyjaciela włożyć do ucha, gdzie będzie ci szeptał dobre rady i służył wszelką informacją. [...] Czy bierzesz go? Gdybyś reflektował na tuzin, mógłbym odstąpić taniej...
– Nie, na razie wystarczy mi jeden – odparł Automateusz. – Ale chciałbym jeszcze wiedzieć, czego właściwie mogę się po nim spodziewać? Czy potrafi dopomóc w ciężkiej sytuacji życiowej?
– Jasne, przecież po to właśnie jest! – odparł pogodnie wynalazca. Podrzucił na dłoni garść ziaren, lśniących metalicznie, gdyż były sporządzone z rzadkich metali, i ciągnął: – Oczywiście, nie możesz liczyć na pomoc w sensie fizycznym, ale nie o nią przecież chodzi. Pokrzepiające uwagi, dobre i bystre rady, rozsądne refleksje, korzystne dla ciebie wskazania, napomnienia, przestrogi, jak również słowa otuchy, sentencje, dodające wiary we własne siły, oraz głębokie myśli, pozwalające sprostać każdej, jakiejkolwiek trudnej, a nawet groźnej sytuacji – oto tylko drobna część repertuaru moich elektroprzyjaciół. Są absolutnie oddani, wierni, stale przytomni, bo nigdy nie śpią, są też nad wyraz trwali, estetyczni, a sam widzisz, jacy poręczni! Więc jak, bierzesz tylko jednego?
– Tak – odparł Automateusz. – Powiedz mi jeszcze, proszę, co będzie, jeżeli mi go ktoś ukradnie? Czy wróci do mnie? Czy doprowadzi złodzieja do zguby?
– Co to, to nie – odrzekł wynalazca. – Będzie mu służył tak samo pilnie i wiernie jak poprzednio tobie. Nie możesz wymagać zbyt wiele, mój Automku, nie opuści cię w biedzie, jeśli ty jego nie opuścisz. Ale to ci nie grozi, jeżeli tylko włożysz go do ucha i będziesz miał je zawsze zatkane watą...
– Dobrze – zgodził się Automateusz. – A jak mam do niego mówić?
– Wcale nie musisz mówić, wystarczy, abyś bezdźwięcznie wyszeptał cokolwiek, a usłyszy cię doskonale. Co do jego imienia, to zwie się Wuch. Możesz mówić doń „mój Wuchu”, to wystarczy.
– Doskonale – odparł Automateusz.
Zważyli Wucha, wynalazca otrzymał zań ładny brylancik, a robot, uspokojony, że ma już towarzysza, bliską duszę na daleką drogę, ruszył przed siebie.
Stanisław Lem, Przyjaciel Automateusza, [w:] tenże, Bajki robotów, Kraków 2017.
1 Tykać się – zwracając się do kogoś, mówić mu ty; mówić komuś po imieniu.
[579 wyrazów]